Przeczytaj fragment
 W Kambodży transport opierający się na kółkach więcej niż dwóch, czyli motorach, nadal nie jest rzeczą oczywistą. Na krótszych trasach Kambodżanie przemieszczają się wspólnymi furgonetkami, zapełniając je do ostatniego centymetra wewnątrz i na zewnątrz – także na dachu. Widać, że nie za bardzo przywykli do tej formy komunikacji, bo obrazkiem nierzadkim jest pasażer wymiotujący w locie z przejeżdżającego auta, czemu nikt się nie dziwi. Tylko ja spacerując poboczami bałam się, że prędzej czy później to lecące coś wyląduje na mnie. To już wolałam plujących z okien Hindusów.
W autobusie, siedząc przy oknie, trzeba być przygotowanym, żeby „dać miejsce” komuś z wewnątrz, kogo przypili potrzeba wystawienia głowy na zewnątrz. „Dać miejsce” znaczy wbić się w fotel i pilnować, żeby delikwent skończył, zanim wsunie głowę do środka. Niektórzy jednak się wstydzą – może dlatego, że autobus wydaje im się bardziej luksusowy niż furgonetka? Jechałam kiedyś obok nastolatki, ciągle się wierciła, ale myślałam, że może boi się jeździć, tak jak niektórzy boją się latać. Po godzinie okazało się, że to było TO. Na szczęście mega atak był tylko ten jeden, następne kilka godzin dziewczyna spędziła na zmianę drzemiąc na moim ramieniu albo pochylając się nad woreczkiem i każąc się uderzać w plecy. A ja na starcie się dziwiłam – po co te woreczki rozdają, skoro na trasie nie ma nawet śladu góry? Ponieważ drogi są takie, jakie są, często pokonanie nawet niedługiej trasy zajmuje kilka godzin. Punkt obowiązkowy – przystanek na rozprostowanie kości i co nieco na ząb. Autobusy zwykle zatrzymują się wszystkie w tym samym miejscu, na dużym placu obok drogi. W kurzu, spalinach obnośni sprzedawcy roznoszą na tacach na głowach wszystko co można, w tym moją tutejszą ulubioną przekąskę – ryż z fasolą pieczony w pędzie bambusa. Choć zanim kupiłam po raz pierwszy, obejrzałam dokładnie i z nieufnością, bo fasola niebezpiecznie przypominała pieczone robaki.
Są też sprzedawcy stacjonarni, sprzedający ze skleconych straganów. Co? Myślałam, że to miejscowy napój, ciekawe z czego, bo w kolorze bursztynu. I ciekawe, dlaczego go nikt nie pije, skoro jest taki popularny i jak okiem sięgnąć stoją rzędy zakorkowanych butelek? Dobrze, że zanim zdecydowałam się spróbować, kupił go jeden z kierowców i nalał do baku.
Lubię Kambodżę, bo to pierwszy kraj na mojej trasie, w którym jest dużo ludzi podróżujących samotnie i nie ma kłopotu z wynajęciem wspólnego tuk-tuka, taksówki czy przewodnika. W guesthousie, w którym mieszkam teraz, w cenie 3 dolary za pokój z łazienką i moskitierą, jest nas szóstka – każdy jedzie sam. Drewniany domek nad jeziorem ma własny pływający taras, a na nim kilka hamaków; bardzo dobre miejsce na leniuchowanie. Tu wszędzie jest cywilizacja hamaka. Jeśli w jakimkolwiek miejscu są dwa drzewa albo inne elementy, do których można przyczepić hamak, on na pewno już tam jest. Jest dobrem wspólnym, jak u nas ławeczka w parku i kiedy człowiek zmęczony, po prostu kładzie się i leży godzinami. Miejscowi zaś leżą cały czas.
Im lepiej poznaję Kambodżan, tym rzadziej twardo się z nimi targuję, bo większość historii jest porażająca. W moim guesthousie pracuje radosny 20-latek, który cały dzień zajmuje się robieniem skrętów i częstowaniem nimi wszystkich spotkanych ludzi. Chodził za mną godzinami i pytał: – Ile masz lat? No powiedz, ile masz lat? Na odczepnego powiedziałam: – Pewnie tyle, co twoja matka. Chłopak ma tylko dziadka. Resztę rodziny wykończyli Czerwoni Khmerzy. Opowiadał to tak spokojnie, jakby mówił o weekendowym wyjeździe za miasto.
Całkiem sporo jest tu też bogatych willi i widać, że są gigantyczne różnice społeczne. Pewnego dnia odpoczywałam w cieniu nad jeziorem, z wysokiego drzewa obok skakało do wody kilkoro dzieci, brudnych, biednie ubranych, ale roześmianych i widać, że jeszcze nie z tych, co głodują. Po chwili przyszła jeszcze dwójka, chłopiec dziesięcio-, może 12-letni i kilkuletnia dziewczynka. Najpierw podeszły do dwóch kambodżańskich kobiet, które przysiadły niedaleko, podobnie jak ja. Dostały po kawałku bambusa, z którego kobiety wcześniej wyjadły pieczony ryż. Dzieci wyskubały miąższ spod drewna, przeżuwały go kilka minut. Potem przyszły do mnie. Do tej pory nigdy niczego nie dawałam żebrakom ulicznym, bo nigdy nie wiedziałam, czy żebrak jest rzeczywiście głodny, czy żebranie jest jego sposobem na życie. Jeśli ktoś chce im naprawdę pomóc, pomoże lepiej zasilając konto pracujących z żebrakami organizacji. Najgorsze, co można zrobić, to dać proszącym dzieciom jedno euro, długopis, czekoladkę; kupić mleko, które ich rodzice natychmiast odsprzedadzą. Wyjeżdża się potem z poczuciem zrobienia szlachetnego uczynku i uspokojonym sumieniem, zostawiając dziecko nauczone, że wszystko może dostać za darmo. Tak rodzi się kolejne pokolenie żebraków.
Teraz złamałam się po raz pierwszy. Te dzieci w oczach miały głód. Wyjęłam z plecaka paczkę twardych miejscowych ciastek, bo nic innego nie miałam. Do dzisiaj pamiętam, jak dziewczynka przytulała się i uśmiechała się do mnie, aż mi było głupio, a jej brat – który miał już tyle lat, że rozumiał ich upokarzającą sytuację, patrzył na to niechętnie, milcząco, jakby mnie nienawidził. Pamiętam też wzrok innej osoby – chudej, zasuszonej staruszki, która siedziała na ziemi pod sklepem z bagietkami. Poczułam go na sobie, kiedy wyszłam z tego oświetlonego i dobrze zaopatrzonego lokalu. Wzrok wbity prosto we mnie, z ufną nadzieją. Nic jej nie dałam. Idąc do hotelu wciąż miałam przed oczami jej twarz i wciąż myślałam, że powinnam wrócić i kupić jej coś do jedzenia. Nie wróciłam usprawiedliwiając się, że robi się coraz ciemniej, ja jestem coraz dalej, poza tym w tej piekarni sobie też nic nie kupiłam. Głupie wytłumaczenia. Wzrok staruszki pamiętam do dzisiaj, jakby spojrzała na mnie przed chwilą.
Recenzje
Małgorzata Kalicińska, autorka cyklu od „Domu nad rozlewiskiem”:
Najkrócej o książce Marzeny Filipczak? „W przeciągu, w pociągu i na drągu”. Znakomicie się czyta, bo to właściwie spełnienie marzenia niejednego, niejednej z nas, żeby świat odległy o setki kilometrów obejrzeć od podszewki, a nie od strony zorganizowanej i uładzonej wycieczki. Wiele odwagi trzeba żeby tak „iść, sobie iść w stronę słońca”, zachwycając się innością, walcząc z zagrożeniami, lękiem, obrzydzeniem czy upałem, a przy tym zachować znakomity nastrój i mieć bystre oko obserwatora. Ale to nie wszystko! Później trzeba to ubrać w słowa i tu, miła niespodzianka – swada, humor i sprawne posługiwanie się językiem. Oto, miły czytelniku danie smakowite i niezwykle atrakcyjne, zawierające jeszcze na końcu świetną ściągawkę. Jaką? Sprawdźcie zanim i wy zechcecie tak podróżować.
Katarzyna Montgomery, www.republikakobiet.pl, program „Mała Czarna”:
Ta książka często obala wyświechtane podróżnicze mity, ciekawie opowiada o zwyczajach, tradycji i codzienności spotykanych po drodze ludzi, wiele tu też socjologicznych spostrzeżeń z podróży po bardzo różnorodnych krajach. Za drugą część autorce należy się pomnik podróżniczki – tylu cennych praktycznych, dobrze sprawdzonych informacji nie znalazłam w żadnym przewodniku.
Monika Witkowska, podróżniczka:
Naprawdę kapitalna książka! Mieszanka wciągającej, napisanej z poczuciem humoru opowieści z podróży z poradnikiem dla wybierających się do Azji Południowo-Wschodniej. Ja czytałam jednym tchem! Polecam zarówno początkującym jak i doświadczony obieżyświatom.
Od autorki
Pewnego dnia kupiłam bilet (tani, bo za pośrednictwem białoruskich linii lotniczych), spakowałam plecak (9 kg na pół roku; było mniej, ale w ostatniej chwili dorzuciłam moskitierę i całe szczęście – bez nie ma szans w walce z robakami) i wyjechałam do Azji. Nie byłam tam nigdy wcześniej, nigdy nie podróżowałam też sama, nie miałam żadnych rezerwacji. Nikt, chyba łącznie ze mną, nie wierzył, że nie ucieknę z powrotem najdalej po dwóch tygodniach.
Nie uciekłam. Przejechałam, zobaczyłam, wróciłam.
Po powrocie ludzie najczęściej zadawali mi dwa pytania: czy byłam tak bardzo zdesperowana, że zdecydowałam się odejść z pracy i wyjechać i czy ta podróż mi coś dała? Przed wyjazdem pracowałam kilkanaście lat w Gazecie Wyborczej i Metrze, w tym drugim też kierowałam redakcją. Nie byłam zdesperowana. Odeszłam nie dlatego, że postanowiłam wyjechać, ale kiedy się nad tym odejściem zastanawiałam, na „tak” przeważyła właśnie możliwość podróży. Chciałam jechać, bo zawsze zazdrościłam ludziom z Zachodu, że mogą sobie zrobić tzw. „przerwę w karierze” i zobaczyć świat, na co w Polsce wszyscy pukają się w głowę. Mnie zresztą przed wyjazdem najłagodniej kwitowano stwierdzeniem „odbiło ci”. Poza tym zawsze ciągnęło mnie w egzotykę, ale nikt z moich znajomych nie rusza się poza Europę , a wycieczek zorganizowanych nie lubię. I tak w końcu zdecydowałam się jechać sama. Co mi to dało? Zobaczyłam kawałek świata, poznałam wielu ludzi, a przede wszystkim wiem, że żeby wyjechać trzeba tylko trochę odwagi i trochę pieniędzy – cała podróż zamknęła się kwotą 16 tys. zł.
|
|